Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Jakimiż trzeba być niepoprawnym zerem, żeby grać w życiu tylko jedną rolę, znaczyć zawsze jedno i to samo.

Poślubił swoją dziewczynę, a moją matkę, Ellen, przenieśli się do Liwingston na przedmieściach New Jersey, wychowali potomstwo, ciężko pracowali i urządzali grille na podwórku za domem. Takie miało być moje życie — pomocna małżonka, wspaniałe dzieci, popołudniami wysiadywanie na chwiejnych trybunach i kibicowanie mojemu potomstwu, może pies, rdzewiejąca obręcz do kosza na podjeździe, zakupy w Home Depot i ModelTs Sporting Goods w soboty. Łapiecie ideę?
Tymczasem jestem tutaj, dobrze po czterdziestce, wciąż nieżonaty i bez rodziny.
— Czy chce pan coś do picia? — zapytała stewardesa.
Rzadko pije, ale poprosiłem o szkocką z wodą sodową. To drink Wina. Potrzebowałem czegoś, co trochę mnie odurzy i pozwoli zasnąć. Znów zamknąłem oczy. Znów zacząłem blokować myśli. Blokowanie myśli to dobra rzecz.
Zatem, gdzie tu miejsce dla Teresę Collins, kobiety, na spotkanie z którą lecie przez ocean?
Nigdy nie myślałem o Teresę w kategoriach miłości. Przynajmniej nie takiej. Myślałem o jej jędrnej skórze i zapachu masła kakaowego. O emanującym z niej smutku. O tym, jak kochaliśmy się na tamtej wyspie, dwa ludzkie wraki. Kiedy Win przypłynął wreszcie jachtem, żeby zabrać mnie do domu, spędzone tam chwile mnie wzmocniły. Ją nie. Pożegnaliśmy się, lecz to jeszcze nie był koniec. Teresę pomogła mi, kiedy najbardziej tego potrzebowałem, przed ośmioma laty, a potem znów znikła ze swoim cierpieniem. Teraz wróciła.
Teresę znikła na osiem lat nie tylko dla mnie, ale i z życia publicznego. W latach dziewięćdziesiątych była znaną osobowością telewizyjna, najlepszą spikerką CNN, a potem nagle bach! i jej nie było.
Samolot wylądował i podkołował do bramki. Wziąłem mój bagaż podręczny -— nie trzeba dużo brać, kiedy jedzie się tylko na kilka nocy — zastanawiając się, co mnie czeka. Wysiadłem z samolotu jako trzeci, a moje długie nogi szybko zapewniły mi pierwsze miejsce w kolejce do odprawy celnej i paszportowej. Miałem nadzieję, że przejdę przez nią szybko, ale właśnie wylądowały jeszcze trzy inne samoloty i zrobił się zator.
Kolejka wiła się przez ogrodzone sznurami przejście niczym w Disneylandzie. Posuwała się szybko. Funkcjonariusze przeważnie przepuszczali podróżnych machnięciem ręki, pobieżnie przeglądając każdy paszport. Gdy nadeszła moja kolej, pracownica biura imigracyjnego spojrzała na mój paszport, potem na moją twarz, znów na paszport i na mnie. Nie odrywała ode mnie wzroku. Uśmiechnąłem się, nie włączając całego słynnego wdzięku Bolitara. Nie chciałem, żeby ta biedna kobieta zaczęła się rozbierać na oczach wszystkich Odwróciła się gwałtownie, jakbym rzucił jakąś niegrzeczną uwagę. Skinęła na swojego towarzysza. Kiedy znów się do mnie odwróciła, doszedłem do wniosku, że powinienem przejść na wyższy poziom. Uśmiechnąć się szerzej. Przełączyć wdzięk z niskiego na oszałamiający.
— Proszę przejść na bok — powiedziała. Wciąż uśmiechałem się jak idiota.
— Po co?
— Mój kolega zajmie się pańską sprawą.
— Jestem jakąś sprawą? — spytałem.
— Proszę stanąć z boku.
Wstrzymywałem kolejkę i stojący za mną ludzie nie byli z tego zadowoleni. Stanąłem z boku. Inny nieumundurowany agent powiedział:
— Proszę za mną.
Nie podobało mi się to, ale jaki miałem wybór? Zastanawiałem się, dlaczego ja? Może we Francji jest jakieś prawo zakazujące takiego wdzięku osobistego jak mój, ponieważ — kolejna błyskotliwa uwaga — powinno być.
Agent zaprowadził mnie do pokoiku bez okien. Ściany były beżowe i nagie. Na drzwiach dwa haczyki z wiszącymi na nich wieszakami. Krzesła z formowanego plastiku. Funkcjonariusz wziął mój bagaż i położył na stole. Zaczął go przeglądać.
— Proszę opróżnić kieszenie. Położyć wszystko na tej tacy. Zdjąć buty.
Zrobiłem to. Portfel, blackberry, drobne, buty.
— Muszę pana obszukać.
Był bardzo dokładny. Już miałem zażartować, że za bardzo się przykłada do tej roboty, albo powiedzieć, że byłoby miło, gdyby zafundował mi przynajmniej rejs łodzią po Bateau Mouche, zanim zacznie mnie obmacywać, ale zacząłem się zastanawiać nad francuskim poczuciem humoru. Czy tutaj nie uwielbiają Jerry'ego Lewisa? Może lepszy byłby jakiś żart sytuacyjny.
- Proszę usiąść.
Usiadłem. Wyszedł, zabierając tacę z moimi drobiazgami. Przez pół godziny siedziałem sam — dojrzewając, jak mówią. Nic podobało mi się to.
Wreszcie do pokoju weszli dwaj mężczyźni. Pierwszy był młodszy, chyba przed trzydziestką, przystojny i jasnowłosy, z tym trzydniowym zarostem, jaki noszą ładni chłopcy, żeby wyglądać bardziej męsko. Nosił dżinsy i wysokie buty oraz zapinaną na guziki koszulę z rękawami podwiniętymi do łokci. Oparł się o ścianę, skrzyżował ręce na piersi i żuł wykałaczkę.
Drugi mężczyzna był po pięćdziesiątce, miał za duże okulary w drucianych oprawkach i mocno przerzedzone ciemnosiwe włosy. Wchodząc, wycierał ręce w papierowy ręcznik. Jego kamizelka wyglądała jak coś, co w Members Only sprzedawano w 1986 roku.
Tyle o Francuzach i ich modzie.
Rozmowę zaczął starszy:
- Jaki jest cel pana wizyty we Francji?
Spojrzałem na niego, potem na amatora wykałaczek i znów na niego.
— A pan jest...
— Kapitan Berieand. A to oficer Lcfebvre. Skinąłem głową Lefebvrc'owi. Jeszcze energiczniej zaczął żuć wykałaczkę.

Wątki